ŁUKASZ CHOJNACKI795 930 900
PIOTR KWIECIEŃ505 030 505

Hiperinflacja to nic innego jak inflacja, która niejako wymyka się spod kontroli, zaś sama inflacja to po prostu zwiększanie podaży pieniądza. Czy to czy rządy świadomie planują i wywołują hiperinflację bądź też staje się ona niejako poza ich kontrolą, jest istotne dla inwestorów złota?

Jest. I to bardzo.

Dlaczego? Dlatego, że jeśli inwestor wie, że rząd z góry planuje wywołanie przyspieszenia inflacji, a nawet samą hiperinflację wtedy inaczej patrzy na złoto i inne podejmuje wobec niego zachowania.

Zróbmy krótkie studium przypadku ostatniej polskiej hiperinflacji, w trakcie której ceny za podstawowe rzeczy były co najmniej zawrotne.

Bilet komunikacji miejskiej w Bydgoszczy z września 1994 roku. Źródło własne.

4 stycznia 1989 roku premier Rakowski stwierdził co poniżej:

Sytuacja gospodarcza kraju jest bardzo trudna. Ciągle stoimy nad przepaścią (…) Chcę tylko zwrócić uwagę, że w ub. r. spłaciliśmy 1,7 mld dolarów odsetek. To bardzo obciąża gospodarkę (…) Jak się przekonałem, nie ma zespołu do stałego studiowania problemów zadłużenia, kto, co i ile spłaca. W 1987 r. wypełzło na rynek dużo pieniędzy.

W lipcu 1990 roku Władysław Baka zapowiedział prace nad projektem denominacji złotego. Warunkiem koniecznym miało być ponoć spowolnienie wzrostu cen do tempa poniżej 10%. Jak wiemy, wcale się to nie udało. Podaż pieniądza rosła, rosły ceny, rosły zarobki. Oszczędzanie było pozbawione sensu. Średnie polskie wynagrodzenie w 1990 roku wynosiło 1 029 037 złotych. Politycy nabrali wody w usta. Dodruk trwał.

Czy był to moment, w którym można było już śmiało dokonywać denominacji. W zasadzie tak, lecz rząd nie chciał tego zrobić. W teorii i praktyce każdy, który przedłuża dodruk osiąga korzyści. Jako pierwszy wydający nowe banknoty (na których emisję ma monopol), wydaje je na towary i usługi w starej cenie. Gotówka ta trafiając do obiegu dopiero chwilę później podbija ceny. Oznacza to, że ci którzy nie powiększyli wcześniej swoich zasobów zaczynają płacić więcej za to za co rząd płaci mniej. Rząd korzysta z tego przywileju dopóki waluta jest w obiegu i ludzie ją akceptują.

Oficjalnie zatem trwały prace nad denominacją. Nikt jednak nie twierdził, że nowe pieniądze są przygotowywane czy nawet gotowe. Nowe monety oraz banknoty z założenia miały nie podlegać już tak szybkiej inflacji i ustabilizować ceny oraz gospodarkę. Gdyby zostały wprowadzone dodruk starego pieniądza musiałby się zatrzymać, a już co najmniej drastycznie zwolnić. Emitent monopolista straciłby na tym najbardziej.

W 1991 roku średnie polskie wynagrodzenie wyniosło 1 770 000 złotych. W 1992 roku wyniosło ono już 2 935 000 złotych. W 1993 roku było to 3 995 000 zł.

W maju 1994 roku przygotowany przez NBP projekt denominacji złotego został zaakceptowany przez Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów. Był to moment, w którym można było mówić o tym, że nowe banknoty wejdą do obiegu, a szaleńczy dodruk pieniądza stanie w miejscu. W 1994 roku średnie polskie wynagrodzenie wyniosło 5 328 000 zł. Generalnie wszyscy pracujący Polacy byli milionerami.

Lipiec 1994. Sejm uchwala ustawę o denominacji.

Listopad 1994. NBP dokonuje oficjalnej prezentacji wzorów nowych banknotów oraz monet. Dzień po tym wydarzeniu rozpoczyna się kampania informacyjna. Nowe banknoty, które na szybko ponoć były drukowane ujrzały światło dzienne.

Tymczasem, w powszechnym obiegu krążyły takie oto złotówki, których autor tekstu nie omieszkał sobie pozostawić, a które chyba można uznać za corpus delicti w pytaniu tytułowym.

Zdjęcie współczesnych monet o nominale 1 złoty z datą wybicia “1990”. Źródło zdjęcia: zbiór własny.

 

Widok monet napawa zdziwieniem, jako że w roku swojego wybicia oficjalnie te monety nie istniały. Jak się okazuje, były przygotowywane na kilka lat wprzód, co oznacza, że rząd wiedział, iż denominacja będzie mieć miejsce. Do tego czasu emitowano hiperinflacyjne banknoty, które stały się synonimem początków demokratycznej Polski, której gospodarka w tym stadium prawdziwie przypominała Dziki Zachód, zaś oszczędzanie w polskiej walucie było równoznaczne ze stratą. Dowodem na to są daty emisji starych banknotów, z których jeden przedstawiamy poniżej:

Banknot o nominale 100 000 zł, z datą emisji 1 lutego 1990 roku. Źródło własne.

Co omawiana kwestia ma wspólnego ze złotem? Całkiem niemało. Jeśli ktoś w szalonym czasie pierwszej połowy lat 90. generował oszczędności i chciał zapobiec utracie ich siły nabywczej jednym z rozwiązań było nabywanie złota. Każdy kto by wiedział już w 1990 roku o planach rządu inaczej by spojrzał na kwestię nabycia sztabek lub monet ze złotego kruszcu.

Podsumowanie: Fakt, zgodnie z którym rząd i bank centralny potrafił w tym samym czasie emitować nowe i stare pieniądze dowodzi, że tak politycy jak i bankierzy wiedzieli, że przez kilka jeszcze lat siła nabywcza pieniądza będzie spadać. Okazuje się, że podobne działanie, a więc przygotowanie denominacji w tajemnicy na kilka lat wstecz, odbyło się w Polsce także tuż po II wojnie światowej. Było to za czasów towarzysza Bieruta, kiedy w ciągu dnia część obywateli straciło 2/3 swoich środków.

Warto mieć zatem świadomość, że choć rząd i bank centralny mają z założenia służyć obywatelom, w tak poważnych kwestiach jak denominacja nie grają w otwarte karty. Być może nie mogą tego zrobić, aby nie siać zamętu lub, a być może po prostu nie chcą rezygnować z tzw. dochodu z emisji pieniądza. Jedno jest pewne: historia lubi się powtarzać i warto mieć to na uwadze. W jednym i drugim przypadku alternatywą było złoto, ponieważ żaden rząd nie jest w stanie zmniejszyć jego wartości.

2 replies

    1. Comment author Łukasz Chojnacki,

      Kiedy inflacja szaleje praktycznie ceny wszystkich towarów idą do góry. Historia mówi, że w pewnym momencie towary drożeją szybciej, niż rośnie podaż pieniądza. Tak więc drożało i złoto i srebro. Oba były dobre dla ochrony wartości swoich oszczędności. W praktyce równie dobre mogło być też paliwo czy nieruchomości, lecz złoto i srebro są płynne w odsprzedaży, łatwe do transportu i ukrycia. To wielka przewaga. Warto też wiedzieć, że w latach 80. i 90. nie istniał w Polsce rynek metali takim jakim znamy go dzisiaj. Dostępne były generalnie złote ruble, dolary (tzw. belgijki), dukaty, itp. Srebrnych sztabek, a już na pewno srebrnych monet typu Maple Leaf czy Wiener Philharmoniker nie było w obrocie. Można było nabywać inne formy srebra, które również zyskiwało na wartości.

      Jak byłoby dzisiaj? Zapewne podobnie. Srebro drożałoby tak samo jak i złoto. Ma ono jednak nieco inną specyfikę, stąd z uwagi na hipotetyczną sytuację trudno podać konkretne liczby.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Niniejsza strona wykorzystuje pliki cookies. Informacje uzyskane za pomocą cookies wykorzystywane są głównie w celach statystycznych oraz reklamowych. Pozostając na stronie godzisz się na ich zapisywanie w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb. Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.

Zamknij